Dirty Mind
Produkty dodane do koszyka

Cześć, mam na imię Eryk i jestem zawodowym kiteboarderem. Wychowałem się w małym miasteczku nieopodal jeszcze mniejszej wioski narciarskiej Czarna Góra. To właśnie tu chciałbym rozpocząć moją historię wolności, która jest tematem przewodnim akcji Dirty Mind. 

        

W szkole nie szło mi za dobrze. Byłem raczej typem ulicznika, outsidera któremu napływały łzy do oczu w momencie w którym mama pisała SMS o treści ‚DO DOMU NOW’. Nie było to łatwe, zwłaszcza gdy reszta moich ziomów mogła w nieskończoność siedzieć w lasach czy skateparkach w których spędziłem całe moje nastoletnie życie. Od 4 roku życia towarzyszyły mi 2 deski – NARTY. Kolor czerwony i niebieski kojarzył mi się tylko i wyłącznie ze slalomowymi bramkami, które przemierzałem jak najszybciej tylko mogłem, drąc się na wszystkich amatorów białego szaleństwa, którzy podczas treningu wjeżdżali mi w drogę. To było największe poczucie wolności, satysfakcji i radości ze sportu które czułem między 5, a 15 rokiem życia.

    Spodnie robiły się szersze, a włosy coraz krótsze. Ogromny wpływ na moje zachowanie miał hip-hop oraz deskorolka, która zaprowadziła mnie ze slalomowych bramek wprost na najbardziej odjechany snowpark w Polsce, a był to Elementary SnowPark Czarna Góra. Tam zaczął się pełen freestyle, zarówno ten narciarski jak i edukacyjny. Zamiast na lekcje matematyki, uciekałem na snowpark, który znajdował się 6km od mojego domu. To właśnie w tym miejscu poczułem, że życie narciarza to nie do końca godziny spędzone na treningach, siłowniach, zgrupowaniach czy halach sportowych.   


To LIFESTYLE. Lifestyle, który podobał mi się właśnie za to, że sportowo ograniczała mnie tylko własna kreatywność i lęk. Chciałbym, żeby każdy z Was mógł kiedyś poczuć to, co czuje narciarz najeżdżający na 15 metrowy kickair z prędkością 60km/h. To właśnie było dla mnie tym poczuciem niesamowitej wolności, spełnienia… te setne sekundy po wybiciu, ta adrenalina... SICK !

    

Lifestyle tworzą ludzie. A ludzie, którymi się otaczałem szukali tego samego co ja. Znalazłem ich głównie na Lodowcu Stubai, gdzie wyjechałem do pierwszej zimowej pracy jako instruktor narciarstwa. 8 miesięcy w Alpach pokazało mi, że można żyć z jazdy na nartach, ale nie można robić tego całe przez cały czas.

   

I wtedy nadeszło lato. Wyjechałem z ziomkami na wakacje na Półwysep Helski... DEJM! To było coś… sprzedawałem kukurydze, później totolotka, później odzież, drinki w Solarze, aż po kilku latach dotarłem nad zatokę Pucką. Moje pierwsze wrażenie po zobaczeniu latających kajtow nie było jakieś specjalne. Wiedziałem, że będzie oporowo zimno, że wszędzie będzie piasek, woda nie należała do najczystszych, a kurs kajta kosztował mniej więcej tyle, ile zarobiłem przez 2 miesiące pracy na plaży, wykrzykując przy tym najgłupsze wierszyki jakie tylko przyszły mi do głowy… ale do czasu. Do czasu w którym pierwszy raz wziąłem latawiec do rąk. Po lataniu 15m skoczni na nartach głową do dołu myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. Myliłem się. To był moment w którym nie można było myśleć o niczym innym, bo w momencie w którym zamyśliłem się, co będę jadł jak wyjdę z wody, mój latawiec przez nieuwagę kosił wszystkich będących przede mną w obrębie 50 metrów. Tak krok po kroku uczyłem się kitesurfingu i to właśnie dzięki ekipie z Flowcamp odkryłem najbardziej zajebisty sport jakiego dane mi było spróbować. Jestem im za to ogromnie wdzięczny! Kitesurfing zajarał mnie tak bardzo, że zostałem na Helu na stałe. Wynajęliśmy chatę we Władysławowie. Za 1500zł  udało mi się pozbierać swój pierwszy sprzęt kitesurfingowy i razem z miejscowymi wymiataczami spędzałem nad wodą każdą wolną chwilę. Nieważne czy było 30 stopni, czy 4, czy wiatr wiał na 17m kajta, czy na 5m i tak byliśmy w wodzie. Zwariowałem!!! Cały mój wolny czas wykorzystywałem na trening. Każdą niewietrzną chwilę na oglądanie filmów w internecie i analizę swoich błędów, które robiłem ucząc się sztuczek. W 2018 roku zostałem instruktorem kitesurfingu. W wodzie potrafiłem spędzać po 8 godzin dziennie. Rok wcześniej wydawało się to niemożliwe. Wtedy ten sport sprawiał mi największą przyjemność i satysfakcję. Nauka innych dawała mi przeżyć w całkiem prosty sposób, a kiedy wiatr gasł łapałem się każdej innej fuszki, byleby tylko zostać na półwyspie.

   
W 2019 roku ciężkie treningi, zimna woda od której nabawię się reumatyzmu (tak twierdzi mój tata) i godziny spędzane przed telefonem oglądając tricky najlepszych światowych kajciarzy doprowadziły mnie na pierwszy contest. Następnie, moja dziewczyna Marti (@dziewczynasurfera) wraz z ekipą pokazała mi kitesurfingowy raj, którym są Brazylijskie laguny, a szczególnie Cauipe blisko Cumbuco. To właśnie tam, trenując każdego dnia zdecydowałem, że to właśnie to chcę robić do momentu, aż stracę siłę! 

 
Jest Sierpień 2020, a ja startuję w całym cyklu Pucharu Polski Ford Kite Cup i od niedawna tworzę Polski Team North Kiteboarding, który daje mi wsparcie zarówno życiowe jak i materialne w momencie w którym rywalizuje z najlepszymi. To dzięki ciężkiej pracy, odwadze, przyjaciołom i co najważniejsze rodzicom, którzy akceptowali moje życiowe decyzje, wyjazdy, ciągłe zmiany miejsca zamieszkania i pomagali w najtrudniejszych momentach jestem właśnie w tym miejscu i mogę tworzyć z Wami akcje jaką jest Dirty Minded People Project. 

    

Chciałbym, żeby moja historia uświadomiła Wam, że możecie osiągnąć wszystko, jeśli tylko zdobędziecie się na odwagę. To Wasze małe i duże decyzje warunkują kim i gdzie jesteście. Róbcie w życiu to, co sprawia Wam przyjemność. Pielęgnujcie swoje pasje. Nie poddawajcie się, gdy na drodze do celu napotkacie jakąś przeszkodę. A to jak będzie wygladać droga, która doprowadzi Was do miejsca w którym chcecie być, zależy tylko i wyłącznie od Was. 


This is my Dirty Mind History.

@dyniiaaa !
























KASIA
Mieliście kiedyś ochotę rzucić wszystko i kupić bilet w jedną stronę? ...
Zostaw komentarz
Uwaga: HTML jest usuwany!

Zapisz się na newsletter

Dołącz do nas aby być na bieżąco z wszystkimi najnowszymi produktami oraz promocjami.

Jesteśmy na